Nie wiem od czego zacząć, a jednocześnie mam świadomość, że to czego się podejmuję, to nie sprawa na jeden wieczór...
To z czym walczę (jeśli to rzeczywiście jest scleromyosities, sm to mój skrót, i niby nie ma polskiej nazwy)
to rzadko spotykany "potwór" a większość lekarzy nawet o nim nie słyszało. Jest to choroba autoimmunologiczna, nieuleczalna, podstępna, trudna do zdiagnozowania bo przypomina tak wiele innych. A ja i tak wierzę, że będę zdrowa.
Nie podjęłam leczenia sterydami i mam nadzieję, że go uniknę.
Leczę się metodami alternatywnymi, i są efekty leczenia!
Mój mąż jakiś czas temu podsunął mi pomysł by pisać blog, wyczytał, że bywa terapeutyczny, a poza tym to również dziennik zmagań. Gdy dziś podjęłam decyzję, że spróbuję, ja sama byłam najbardziej zaskoczona!
Chyba muszę się wygadać, bez obaw, że kogoś zanudzam. Bez obaw, że się nad sobą użalam, że nikt już nie chce słuchać.
Zaczęło się w styczniu, chyba. Bo wciąż nie wiem czy problemy ze skórą na dłoniach w grudniu to były przedbiegi czy nie. Luty, marzec majaczy mi w pamięci jak przez mgłę, bo wtedy było najgorzej. Straszliwe bóle stawów, obrzęki, drętwienia i stan totalnego wyczerpania. Choroby reumatologiczne wykluczono, boreliozę, klamydię, fibromyalgię...Wyniki badań jak z bajki - wszystko jest w normie, jestem zdrowa? Olfen działał jak powietrze - żadnej pomocy. Na własną rękę spróbowałam Ketonal i była poprawa ale również uczulenie! A pani doktor stwierdziła, że nie mógł pomóc bo Olfen też nie pomógł!
Dalsze badania, rtg i tomograf klatki, po których odesłano do onkologa. Obłęd, masakra, rozpacz.
W recepcji poradni onkologicznej na pytanie Pani o pesel wybucham płaczem.
Pan doktor był cudowny i wysłał mnie do domu w poczuciu wielkiej ulgi. I jeszcze większej niepewności.
Sarkoidoza? Nie sarkoidoza. Sarkoidoza? Nie sarkoidoza.....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz